sobota, 30 sierpnia 2014

'Nie, nie Ashley'' - czyli rozdział trzeci.

Witajcie, witajcie :) Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszyły mnie Wasze komentarze, Madds i Nikola :') Niby nic, ale podnosicie na duchu i pisanie sprawia mi większą przyjemność <3 Inaczej rozdział pojawiłby się jutro, lub w ogóle w innym terminie :) Ogólnie zauważyłam, że sporo osób odwiedziło mojego bloga, z czego się niezmiernie cieszę :3 Już Was nie zanudzam, ale chcę tylko powiedzieć, że dopiero rozkręcam akcję, dlatego rozdział troszkę nudny, ale same oceńcie. Oczywiście jeśli macie jakieś uwagi, lub może chciałybyście, żeby ktoś/coś pojawiło się w kolejnych rozdziałach, piszcie w komentarzach :) Enjoy <3

==================================

Obudziło mnie stukanie talerzy.
Pomyślałam sobie, że może to tata robi śniadanie, ale przypomniałam sobie całą sytuację sprzed kilku godzin i trochę się zawiodłam. To znaczy, fakt, poznałam ludzi, którzy są dla mnie inspiracją, ale radość z tego przyćmiewał mój powrót do domu i związany z nim strach. Oczywiście wiele razy znikałam gdzieś z domu z Oliverem na noc, ale przed świtem udawało nam się wrócić. No właśnie, dziś już nie ma ''nam''. Dziś jestem ja i para przygłupów, którym popsuł się samochód. Dobra, nie są przygłupami. To auto nim jest. Uh...wiem, nie gadam od rzeczy, ale nie można się tego spodziewać po osobie, która spała pięć godzin. Tak, dla mnie to za mało. Zwykle na lekcjach przysypiam gdzieś na tyłach sali i to mi wystarcza, ale teraz muszę wziąć się w garść i jakoś sobie poradzić. Chłopaki mi chyba pomogą, jak ich ładnie poproszę... I tak ułatwili mi sprawę pozwalając u siebie spać. No właśnie, na czym ja właściwie spałam?
Otworzyłam w końcu oczy. Zegar na ścianie w kuchni wskazywał dziesiątą piętnaście. Jasny gwint. Przecież miałam wyjść rano... W takim razie nie mam już dziś czego szukać w szkole, bo zapewne miałabym jeszcze większe kłopoty. Pierw muszę udać się do domu, i to natychmiast. Zaraz zaczną się telefony gdzie jestem.
Ale moment, skoro widzę zegar kuchenny to gdzie w końcu spałam? A tak, kanapa. Dzięki chłopcy, myślałam, że jako gentlemani któryś z was odda mi swoje łóżkom, ale okej. No cóż, nieważne. Słyszałam chyba skwierczenie oleju na patelni.
Podniosłam w końcu głowę i zobaczyłam Andy'ego stojącego przy kuchence i nucącego melodię do We don't belong. Rozejrzałam się dokładnie po domku. Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdowała się kuchenna wyspa, czy jak to się tam nazywało. Blat na środku kuchni, że tak powiem. Kuchnią była tak naprawdę jedna ściana po prawej stronie od drzwi. Białe szafki, na nich czarny blat, również białe szafeczki na owej ścianie, zlewozmywak, a nad nim małe okienko z firanką, kuchenka i lodówka najbliżej wyjścia. Wyglądało to naprawdę bardzo ładnie, głównie ze względu na prawdziwie drewniane ściany i podłogi. Jedynie w kuchni była w kafelkach na wzór szachownicy. Na tej samej ścianie tuż za drzwiami było miejsce na buty i przyklejone wieszaki tonące w skórzanych kurtkach. Na lewo od wejścia stały piękne, także drewniane schody, a nad nimi kolejne małe okno i różne zdjęcia oprawione w ramki. Pod schodami był telewizor. Naprzeciwko niego stała czerwona kanapa na której właśnie siedziałam. Pomiędzy sofą a TV znajdowała się mała, szklana ława na bordowym dywaniku. Obróciłam się i zobaczyłam za sobą ścianę z półkami na płyty i książki, a pod nimi wieżę i radio. Dalej ściana przechodziła w wielkie, szklane drzwi tarasowe, tak, by parę kroków po wejściu przez nie można było usiąść na stołkach dookoła wyspy. Dwa pokoje były połączone w jeden duży, naprawdę uroczy. Po nich bym się tego nie spodziewała. Cały domek miał jeszcze pierwsze piętro. Przypuszczałam, że były tam pokoje chłopaków i łazienka.
Wstałam i zakradłam się do wciąż nucącego chłopaka. Obeszłam wyspę, byłam tuż za nim i nabrałam powietrza, by krzyknąć ''Bu!'', ale powiedział :
- Ani mi się waż. Mam w ręce wrzątek i nie zawaham się go użyć - odwrócił się i delikatnie uśmiechnął. - Śniadanko?
- Pewnie - usiadłam za wyspą trochę zgaszona, że mój dowcip się nie udał. - Skąd wiedziałeś, że się skradam?
- Nie wiedziałem, ale dość głośno nabierasz powietrze, więc każdy by się zorientował - stwierdził i podał mi talerz ze świeżą jajecznicą i wywarem kawo-podobnym. Podziękowałam i zaczęłam jeść. Nie miałam pojęcia, że byłam tak niebiańsko głodna. Może i Andy nie potrafił zaparzać kawy, ale jego jajecznica była bez zarzutów. Sam także zaczął swoją porcję.
Gdy zjedliśmy nastąpiła chwila ciszy. Chciałam ją jakoś przerwać :
- Wiesz, tak sobie myślałam, że może...
- Co na śniadanie?! - przerwał mi krzyk z góry i ktoś zbiegł po schodach. - O, ty nie jesteś Juliet. Innych dziewczyn zwykle tu nie widuję, ale cóż - wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Jestem Jake - oświadczył i podał mi rękę.
- Lizzy - uśmiechnęłam się.
- Teraz powinnaś wyjaśnić mi czemu zawdzięczamy twoje przybycie - klapnął na miejsce obok mnie.
- Jacob, nie męcz jej, miała trudną noc.
- Ashley?
- Nie - odparł Biersack z zakłopotaniem, ale i tak pod nosem się zaśmiał - Nie Ashley.
- Zgubiłam się - wyjaśniłam ledwo powstrzymując śmiech i udając, że nie słyszałam poprzedniego pytania gitarzysty. - Zapukałam do was o czwartej nad ranem, ale wasza trójka już przysnęła, więc Andy i Ash zaproponowali mi żebym się u was przespała a rano coś... Jezu muszę się zbierać! - oprzytomniałam i pobiegłam żeby założyć kurtkę. Witaliśmy jesień, więc na dworze było około piętnastu stopni.
- Ale poczekaj, pójdziemy z tobą. Wielka Trójca i tak wcześniej niż przed dwunastą nie wstanie, więc mamy ponad godzinę - powiedział wokalista biorąc mapę do ręki.
- Po co ci mapa? Przecież Ashley mówił, że znacie okolicę.
- On zna. Ja się tu nie mogę odnaleźć - odparł Andy jeżdżąc palcem po papierze. - O, mam. Camestry Hill, tak?
- Tak - potwierdziłam.
- Wiem gdzie to jest - Pitts okazał zainteresowanie całą sprawą - Stary, przecież dwie przecznice dalej mieszka Kellin.
- Quinn?! - wytrzeszczyłam oczy.
- Ta, chciałabyś - prychnął Pitts - Nie, mój znajomy Kellin Langdon, chodziłem z nim do ogólniaka.
- Chyba liceum - poprawiłam.
- Kiedyś nie było liceum - pokręcił głową Jake.
- No tak, staruchy nie miały - zadrwiłam z uśmiechem.
- Ale jakie tam staru...
- Dobra, już wiem gdzie mamy iść - Biersack nie dopuścił przyjaciela do odpowiedzi. - Po prostu przejdziemy przez Clinton Street i na końcu będą drogowskazy którędy dojdziemy do twojej ulicy. Zbieramy się?
- Natychmiast.


                                               ***

- No, panie Drogowskazy Na Końcu Clinton Street, gdzie one są? - zapytałam powoli popadając w załamanie nerwowe - Się kurwa pytam, gdzie?!
- Dzieciaki już w tym wieku klną? - zapytał z drwiną Jake.
- Nie drażnij mnie - ostrzegłam. - Andy, mówiłeś, że wszystko tu będzie napisane, a na razie wiem tylko tyle, że za rogiem jest jakiś pieprzony Starbucks!
- Daj mi się zastanowić - przeczesał dłonią włosy i złapał się za skronie. - Jake, mówiłeś, że wiesz gdzie to jest, tak? Może byś się łaskawie trochę wysilił?
Staliśmy na środku chodnika przez chwilę nie odzywając się do siebie z braku pomysłów. Wyszliśmy z domu jakieś piętnaście minut temu i jak na razie droga była oczywista, ale straciliśmy rezon. Wpadł mi do głowy pewien pomysł, ale uznałam go za wyjście ostateczne w wyniku desperacji. Z przykrością stwierdziłam, że ta nadeszła.
- Chyba wiem co możemy zrobić...
- O nie. Nie, nie, nie, ja sobie poradzę. Jestem dorosłym mężczyzną i znalezienie drogi na jakąś cholerną ulicę jest dla mnie niczym, rozumiesz? Niczym. - odparł z dumą Andy.
- Serio? - spytałam z podziwem.
- Nie, jaki masz pomysł? - załamał się. Jake lustrował jakąś pannę, więc był kompletnie bezużyteczny w danej chwili.
- Pomyślałam, że...poproszę o pomoc Olivera.
- Ty chyba kpisz! - oburzył się. - Em...kogo?
- Mojego chłopaka.
- Mówiłaś, że jest były!
- Milcz. - ucięłam i zaczęłam wystukiwać numer. Biersack zrobił niezadowoloną minę, ale siedział cicho. Wiem, że uraziłam jego męską dumę, ale musiałam, nie dał mi wyboru. Odebrał po kilku sygnałach :
- Liz?

7 komentarzy:

  1. "Tak, Oli, to ja, wracam z podkulonym ogonem, proszę, przebacz!" :D

    Bardzo mi miło, że jest Ci miło :P Jedyne uwagę mam taką: "owej ściany" :P
    Życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ''Ów ściany'' też chyba jest poprawnie, ale 'owej' faktycznie brzmi lepiej :)

      Usuń
  2. świetne ;3 czekam na next ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Olivier - przyjeżdżaj mam zakładników, robimy kwadracik, mmmm <3333 " XD

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne, kocham to opowiadanie. Błagam pisz dalej

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurwa znowu płaczę jak pojebana :D Końcówka najlepsza, ever! XD Chcę mieszkać tymi debilami *.*

    OdpowiedzUsuń