sobota, 30 sierpnia 2014

'Nie, nie Ashley'' - czyli rozdział trzeci.

Witajcie, witajcie :) Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszyły mnie Wasze komentarze, Madds i Nikola :') Niby nic, ale podnosicie na duchu i pisanie sprawia mi większą przyjemność <3 Inaczej rozdział pojawiłby się jutro, lub w ogóle w innym terminie :) Ogólnie zauważyłam, że sporo osób odwiedziło mojego bloga, z czego się niezmiernie cieszę :3 Już Was nie zanudzam, ale chcę tylko powiedzieć, że dopiero rozkręcam akcję, dlatego rozdział troszkę nudny, ale same oceńcie. Oczywiście jeśli macie jakieś uwagi, lub może chciałybyście, żeby ktoś/coś pojawiło się w kolejnych rozdziałach, piszcie w komentarzach :) Enjoy <3

==================================

Obudziło mnie stukanie talerzy.
Pomyślałam sobie, że może to tata robi śniadanie, ale przypomniałam sobie całą sytuację sprzed kilku godzin i trochę się zawiodłam. To znaczy, fakt, poznałam ludzi, którzy są dla mnie inspiracją, ale radość z tego przyćmiewał mój powrót do domu i związany z nim strach. Oczywiście wiele razy znikałam gdzieś z domu z Oliverem na noc, ale przed świtem udawało nam się wrócić. No właśnie, dziś już nie ma ''nam''. Dziś jestem ja i para przygłupów, którym popsuł się samochód. Dobra, nie są przygłupami. To auto nim jest. Uh...wiem, nie gadam od rzeczy, ale nie można się tego spodziewać po osobie, która spała pięć godzin. Tak, dla mnie to za mało. Zwykle na lekcjach przysypiam gdzieś na tyłach sali i to mi wystarcza, ale teraz muszę wziąć się w garść i jakoś sobie poradzić. Chłopaki mi chyba pomogą, jak ich ładnie poproszę... I tak ułatwili mi sprawę pozwalając u siebie spać. No właśnie, na czym ja właściwie spałam?
Otworzyłam w końcu oczy. Zegar na ścianie w kuchni wskazywał dziesiątą piętnaście. Jasny gwint. Przecież miałam wyjść rano... W takim razie nie mam już dziś czego szukać w szkole, bo zapewne miałabym jeszcze większe kłopoty. Pierw muszę udać się do domu, i to natychmiast. Zaraz zaczną się telefony gdzie jestem.
Ale moment, skoro widzę zegar kuchenny to gdzie w końcu spałam? A tak, kanapa. Dzięki chłopcy, myślałam, że jako gentlemani któryś z was odda mi swoje łóżkom, ale okej. No cóż, nieważne. Słyszałam chyba skwierczenie oleju na patelni.
Podniosłam w końcu głowę i zobaczyłam Andy'ego stojącego przy kuchence i nucącego melodię do We don't belong. Rozejrzałam się dokładnie po domku. Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdowała się kuchenna wyspa, czy jak to się tam nazywało. Blat na środku kuchni, że tak powiem. Kuchnią była tak naprawdę jedna ściana po prawej stronie od drzwi. Białe szafki, na nich czarny blat, również białe szafeczki na owej ścianie, zlewozmywak, a nad nim małe okienko z firanką, kuchenka i lodówka najbliżej wyjścia. Wyglądało to naprawdę bardzo ładnie, głównie ze względu na prawdziwie drewniane ściany i podłogi. Jedynie w kuchni była w kafelkach na wzór szachownicy. Na tej samej ścianie tuż za drzwiami było miejsce na buty i przyklejone wieszaki tonące w skórzanych kurtkach. Na lewo od wejścia stały piękne, także drewniane schody, a nad nimi kolejne małe okno i różne zdjęcia oprawione w ramki. Pod schodami był telewizor. Naprzeciwko niego stała czerwona kanapa na której właśnie siedziałam. Pomiędzy sofą a TV znajdowała się mała, szklana ława na bordowym dywaniku. Obróciłam się i zobaczyłam za sobą ścianę z półkami na płyty i książki, a pod nimi wieżę i radio. Dalej ściana przechodziła w wielkie, szklane drzwi tarasowe, tak, by parę kroków po wejściu przez nie można było usiąść na stołkach dookoła wyspy. Dwa pokoje były połączone w jeden duży, naprawdę uroczy. Po nich bym się tego nie spodziewała. Cały domek miał jeszcze pierwsze piętro. Przypuszczałam, że były tam pokoje chłopaków i łazienka.
Wstałam i zakradłam się do wciąż nucącego chłopaka. Obeszłam wyspę, byłam tuż za nim i nabrałam powietrza, by krzyknąć ''Bu!'', ale powiedział :
- Ani mi się waż. Mam w ręce wrzątek i nie zawaham się go użyć - odwrócił się i delikatnie uśmiechnął. - Śniadanko?
- Pewnie - usiadłam za wyspą trochę zgaszona, że mój dowcip się nie udał. - Skąd wiedziałeś, że się skradam?
- Nie wiedziałem, ale dość głośno nabierasz powietrze, więc każdy by się zorientował - stwierdził i podał mi talerz ze świeżą jajecznicą i wywarem kawo-podobnym. Podziękowałam i zaczęłam jeść. Nie miałam pojęcia, że byłam tak niebiańsko głodna. Może i Andy nie potrafił zaparzać kawy, ale jego jajecznica była bez zarzutów. Sam także zaczął swoją porcję.
Gdy zjedliśmy nastąpiła chwila ciszy. Chciałam ją jakoś przerwać :
- Wiesz, tak sobie myślałam, że może...
- Co na śniadanie?! - przerwał mi krzyk z góry i ktoś zbiegł po schodach. - O, ty nie jesteś Juliet. Innych dziewczyn zwykle tu nie widuję, ale cóż - wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Jestem Jake - oświadczył i podał mi rękę.
- Lizzy - uśmiechnęłam się.
- Teraz powinnaś wyjaśnić mi czemu zawdzięczamy twoje przybycie - klapnął na miejsce obok mnie.
- Jacob, nie męcz jej, miała trudną noc.
- Ashley?
- Nie - odparł Biersack z zakłopotaniem, ale i tak pod nosem się zaśmiał - Nie Ashley.
- Zgubiłam się - wyjaśniłam ledwo powstrzymując śmiech i udając, że nie słyszałam poprzedniego pytania gitarzysty. - Zapukałam do was o czwartej nad ranem, ale wasza trójka już przysnęła, więc Andy i Ash zaproponowali mi żebym się u was przespała a rano coś... Jezu muszę się zbierać! - oprzytomniałam i pobiegłam żeby założyć kurtkę. Witaliśmy jesień, więc na dworze było około piętnastu stopni.
- Ale poczekaj, pójdziemy z tobą. Wielka Trójca i tak wcześniej niż przed dwunastą nie wstanie, więc mamy ponad godzinę - powiedział wokalista biorąc mapę do ręki.
- Po co ci mapa? Przecież Ashley mówił, że znacie okolicę.
- On zna. Ja się tu nie mogę odnaleźć - odparł Andy jeżdżąc palcem po papierze. - O, mam. Camestry Hill, tak?
- Tak - potwierdziłam.
- Wiem gdzie to jest - Pitts okazał zainteresowanie całą sprawą - Stary, przecież dwie przecznice dalej mieszka Kellin.
- Quinn?! - wytrzeszczyłam oczy.
- Ta, chciałabyś - prychnął Pitts - Nie, mój znajomy Kellin Langdon, chodziłem z nim do ogólniaka.
- Chyba liceum - poprawiłam.
- Kiedyś nie było liceum - pokręcił głową Jake.
- No tak, staruchy nie miały - zadrwiłam z uśmiechem.
- Ale jakie tam staru...
- Dobra, już wiem gdzie mamy iść - Biersack nie dopuścił przyjaciela do odpowiedzi. - Po prostu przejdziemy przez Clinton Street i na końcu będą drogowskazy którędy dojdziemy do twojej ulicy. Zbieramy się?
- Natychmiast.


                                               ***

- No, panie Drogowskazy Na Końcu Clinton Street, gdzie one są? - zapytałam powoli popadając w załamanie nerwowe - Się kurwa pytam, gdzie?!
- Dzieciaki już w tym wieku klną? - zapytał z drwiną Jake.
- Nie drażnij mnie - ostrzegłam. - Andy, mówiłeś, że wszystko tu będzie napisane, a na razie wiem tylko tyle, że za rogiem jest jakiś pieprzony Starbucks!
- Daj mi się zastanowić - przeczesał dłonią włosy i złapał się za skronie. - Jake, mówiłeś, że wiesz gdzie to jest, tak? Może byś się łaskawie trochę wysilił?
Staliśmy na środku chodnika przez chwilę nie odzywając się do siebie z braku pomysłów. Wyszliśmy z domu jakieś piętnaście minut temu i jak na razie droga była oczywista, ale straciliśmy rezon. Wpadł mi do głowy pewien pomysł, ale uznałam go za wyjście ostateczne w wyniku desperacji. Z przykrością stwierdziłam, że ta nadeszła.
- Chyba wiem co możemy zrobić...
- O nie. Nie, nie, nie, ja sobie poradzę. Jestem dorosłym mężczyzną i znalezienie drogi na jakąś cholerną ulicę jest dla mnie niczym, rozumiesz? Niczym. - odparł z dumą Andy.
- Serio? - spytałam z podziwem.
- Nie, jaki masz pomysł? - załamał się. Jake lustrował jakąś pannę, więc był kompletnie bezużyteczny w danej chwili.
- Pomyślałam, że...poproszę o pomoc Olivera.
- Ty chyba kpisz! - oburzył się. - Em...kogo?
- Mojego chłopaka.
- Mówiłaś, że jest były!
- Milcz. - ucięłam i zaczęłam wystukiwać numer. Biersack zrobił niezadowoloną minę, ale siedział cicho. Wiem, że uraziłam jego męską dumę, ale musiałam, nie dał mi wyboru. Odebrał po kilku sygnałach :
- Liz?

czwartek, 28 sierpnia 2014

''Obiecujemy!'' - czyli totalnie zmieniony drugi rozdział :)

Nie mogłam spać, więc pomyślałam, że dokończę drugi rozdział i od razu go zamieszczę :) Enjoy <3
O matko, już 1:40 ;-;

============================================

- A co? Zapalniczkę ci podpierdolili?- zaśmiał się Andy, chyba już lekko wstawiony...
Stałam jak wryta patrząc się na niego. Totalnie mnie zatkało.
- Bo ja ten... Tylko ogień chciałam i... Jasna cholera, Andy?
Wypaliłam w końcu. Jak na tak późną (a raczej wczesną) porę wydawał się niewzruszony tym, że jakaś przemoczona laska puka do jego drzwi i prosi o ogień.- No tak. Znamy się? Jezu, wyglądasz potwornie, wejdź.
Czy on właśnie zaproponował żebym weszła do jego domu? Tak to właśnie zrobił, więc może zachowałabym się jak wychowany człowiek i po prostu weszła? A nie jak ta małpa w ZOO sterczę i się patrzę.
- Ty mnie nie, ale ja ciebie owszem. Jesteście genialni.
- Miło to słyszeć - uśmiechnął się. Odwzajemniłam gest i weszłam do środka.
- Co taka ślicznotka jak ty robi na dworze o czwartej nad ranem? - zapytał robiąc mi kawę.
Och, ślicznotka.  
Powiedzmy, że miałam drobny wypadek - odpowiedziałam chowając rumieńce za moją burzą włosów. Komplementy zawsze mnie peszą. A przecież powinnam być pewna siebie i jak wszystkie dziewczyny w moim wieku odpowiadać ''No wiem.''. Ale ja taka nie jestem. Oliver zawsze uważał, że to urocze...
- Wypadek? O tej godzinie?
- Niestety. Jeden kurwiarz wywalił mnie z samochodu w samym środku lasu...
- Ym...
- Mój były.
- O, jasne - zaskoczył chłopak.
- Świetna historia, prawda?
- Rzeczywiście - i znów ten piękny uśmiech. Pewnie zbajerował nim już niejedną dziewczynę.
- A ty czemu o tej godzinie na nogach, hm? - spytałam zaciekawiona. Nie ukrywajmy, że każdy by się zdziwił.
- Gramy z chłopakami w pokera.
- ''My''? Czyli, że na górze są... - I nie dokończyłam, bo przerwał mi ryk z piętra
- Andy, kurwa! Co ty tam robisz? Wracaj, bo skończymy bez ciebie! A tak w ogóle Jack Daniels się kończy, mógłbyś skoczyłbyś do sklepu, wiesz?
To CC. Musiałam się naprawdę powstrzymać, aby nie polecieć na górę jak oparzona i rzucić się im w ramiona. Oczywiście tego nie zrobiłam. I tak przy Andy'm miałam z tym problem
- Lepiej zejdźcie, bo odwiedziła nas...- przerwał i zwrócił się do mnie - Twe imię, złotko?
- Liz.
- Liz, no właśnie.
Jeden z nich chyba nie dosłyszał, bo zbiegając na dół krzyknął :
 

- Sasha Grey?!
Ashley. No tak...
- Wiesz, nie wydaje mi się - odparł Biersack stawiając przede mną kubek z wrzątkiem, bo tego nie można było nazwać kawą. Ale to urocze, że się starał.
- Co zno...ooo, a cóż to za piękność zawitała w naszych skromnych progach, hmm? - zmierzył mnie wzrokiem basista.
- No właśnie, cóż to za domek? Jest śliczny, ale po was bym się tego nie spodziewała. Powiedziałabym raczej, że macie prywatny odrzutowiec, willę z basenem i kogoś kto wiecznie zaprasza prostytutki. Tak, o tobie mówię - zwróciłam się do Ashley'a uśmiechając niewinnie.
- Uuu, zadziorna. No kociaku, zdradź mi swe imię - zachęcił basista wyraźnie zaintrygowany moją osobą. Nie ukrywam, że mi się to podobało.
- Elizabeth, słonko.
- Już jesteśmy na słonko? Będzie ciekawie... - dodał tym swoim cwaniackim, lecz jednak uwodzicielskim uśmieszkiem i puścił mi oko.
- Elizabeth. Pięknie. Panno Liz, pragnę się przedstawić. Ashley Purdy. Najwspanialszy, najprzystojniejszy, najseksowniejszy i oczywiście najskromniejszy basista Black Veil Brides. Niezmiernie miło mi Cię poznać, my lady - powiedziawszy to ucałował moją dłoń jak prawdziwy gentleman. Gdybym go nie znała, powiedziałabym, że robi to na serio, ale po panu Purdy'm raczej nie można się spodziewać takiego zachowania... Ale cóż, nie powiem, seksowny i uroczy to on był.
- Ashley, błagam, siare robisz - zaśmiał się i przewrócił oczami Andy. Dziwię się dlaczego Ashley w ogóle był mną zainteresowany. Nie jestem chodzącą pięknością. Mam ciemne włosy. Ni to loki, ni to fale, odstające dosłownie na wszystkie strony. Jestem dość niska jak na 17 lat i żadna ze mnie blondynka. O dużych cyckach nawet nie ma mowy...
- Nie wolno mi się nawet przedstawić? - udał urażonego Purdy.
- Gdybyś to zrobił po ludzku, to owszem, wolno. Tak jak to robisz, nie - odparł Biersack. Ashley już szykował się do jakiejś, sądząc po jego minie, zwalającej z nóg riposty, ale postanowiłam się w końcu odezwać :
- Chłopaki, posłuchajcie - powiedziałam na tyle głośno by zwrócili na mnie uwagę - Przyszłam się tylko spytać o drogę na Camestry Hill, tam mieszkam. Nie miałam pojęcia, że pukam właśnie do was i gdyby otworzył mi ktoś inny już dawno byłabym w domu. Czy możecie mi pomóc?
- Chyba cię, skarbie, pojebało. Wybacz, ale taka jest prawda. Ashley'a nie tak łatwo sprzątnąć ze swojej drogi - skomentował basista.
- Coś o tym wiemy... - mruknął Andy. 
- Czy ty coś sugerujesz Biersack? - zamierzali znów się pokłócić.
- Cisza! - przerwałam - Nie mogę tu dłużej zostać. Naprawdę bym chciała, ale nie mogę. Mam szkołę za cztery godziny! Poza tym muszę porozmawiać z moim chłopakiem...
- Mówiłaś, że jest były...
- Wiem co mówiłam! - ucięłam Andy'emu.
- Masz chłopaka? Raaany... - odparł zdegustowany Purdy.
- Owszem. I naprawdę muszę już iść - odparłam i skierowałam się ku drzwiom. Przekręcałam klamkę kiedy Andy zablokował mi przejście - Co ty robisz? - spytałam.
- Nie możesz iść sama.
- Właśnie, że mogę.
- Nie - wtrącił Ash - Nie znasz okolicy, domów. Jak trafisz? Przecież sama przed chwilą twierdziłaś, że nie wiesz gdzie jesteś.
Przeczesałam włosy dłonią. Były tłuste. Ohyda. Jeśli nie chcę iść tak na lekcje muszę coś szybko wymyślić.
- Dobra. Macie samochód?
- I to jaki - zawtórowali.

                                                          ***

- Jak to się zepsuł? - byłam na skraju rozpaczy - Jak to się, kurwa, zepsuł?!
Chłopcy zaprowadzili mnie do garażu. Stał tam piękny, duży samochód. Nie znam się na markach, ale ten był naprawdę niezły. Oczywiście po uzyskaniu tej jakże ożywiającej informacji natychmiast zmieniłam zdanie.
- Coś z akumulatorem. Wiedziałem, że się sypie, ale nie myślałem, że padnie tak szybko - wyjaśnił Ashley siedząc za kierownicą. Chciałam coś powiedzieć, ale tylko na niego spojrzałam i zamknęłam oczy w zrezygnowaniu. Byłam wyczerpana, nieumyta i w dodatku zrobiłam się jeszcze głodna. Fantastycznie.
- W takim razie pójdę obudzić chłopaków i wspólnie coś wymyślimy - podsumował Biersack. Okazało się, że CC, Jake i Jinxx wypili ciut za dużo i po prostu usnęli przy kartach. Na nogach została więc tylko nasza trójka, a i tak nie wiedzieliśmy co mamy dalej robić.
- Nie, nie budź ich, nie ma takiej potrzeby - zapewniłam.
- Lizzy, posłuchaj, może po prostu prześpisz się dzisiaj u nas, a rano się coś wykombinuje. Zadzwonisz do rodziców i wszystko im wyjaśnisz - zaproponował Andy. Hm, rodziców...
- No nie wiem...
Była to jednak trudna decyzja. Tak naprawdę byli dla mnie kompletnie obcy, a ja dla nich. Niby jak miałabym to wyjaśnić tacie? ''Cześć tatku, mój chłopak się zalał i wyrzucił mnie w środku lasu. Spałam u obcych ludzi, będę na obiad!''. Przez resztę życia bym z domu nie wyszła... Zostanie na noc odpada... ale czy mam jakieś inne wyjście?
- Uh... Dobrze, ale obiecajcie, że rano pomożecie mi wrócić do domu.
- Obiecujemy! - krzyknęli obaj.
Popełniałam wielki błąd...
 

'Macie ogień?' - czyli odmieniony rozdział pierwszy.

- Naprawdę?!
- Naprawdę!
- Czyli ta pierdolona blondyneczka znalazła się koło ciebie przypadkiem, tak?! - wypaliłam Oliverowi w twarz.
- Jestem totalnie zalany, wiesz?!
- Oczywiście...
Totalnie zalany, a wsiadł za kierownicę? Jechaliśmy samochodem przez jakieś zadupie wracając z imprezy. Była 3:00 nad ranem i lało niemiłosiernie. Prowadził Oliver, mój chłopak. Chyba... Po tym co się stało zastanawiam się czy nadal nim jest. Ach tak, nie przedstawiłam się. Nazywam się Elizabeth Bright. Nie ma to jak zajebiste nazwisko, prawda? Otóż sprawa wygląda tak : Bawimy się świetnie na imprezie. Dziwki, używki, jak zwykle u Olivera... A w rogu co? I tak już wiecie, nie będę się powtarzała. Znajdujemy się w... W sumie nawet nie wiem gdzie, bo jesteśmy po prostu w ciemnej dupie. Przy takiej ulewie nie sposób cokolwiek zauważyć. Mam go dość. Olivera, rzecz jasna. On mnie jeszcze w ogóle kocha? Zaczynam wątpić...
- Skoro tak się przy mnie dusisz to wysiadaj! Ja cię tu nie trzymam!
Zamurowało mnie. Jesteśmy na jakimś wypizdopie a ten mi każe wysiadać? Po moim trupie.
- Zawiozłeś mnie to może chociaż łaskawie odwieź? Zresztą nie...zatrzymaj samochód.
- Nie.
- Powiedziałam, zatrzymaj samochód.
Cisza.
- Oliver kurwa!
- Proszę - otworzył drzwi - Wypierdalaj! Mam nadzieję, że nigdy cię już nie zobaczę.
Zawsze mi to mówi a potem z podkulonym ogonem wraca i błaga o wybaczenie. Ale nie tym razem...Fantastycznie. Nie zobaczysz.
Wysiadłam, a ten z piskiem opon odjechał i zostawił mnie. Nie wiedziałam nawet gdzie jestem, więc postanowiłam iść przed siebie. Ojciec mnie zabije jak nie zastanie mnie rano w łóżku, ale to już i tak bez znaczenia.
Błądziłam tak z dobrą godzinę, aż zobaczyłam domy i wielki napis HOLLYWOOD na horyzoncie. No to jesteśmy w domu... Teraz tylko pytanie z której strony? Była zdaje się 4:00 nad ranem, więc powietrze przeplatało się jeszcze delikatną mgiełką. Było mi zimno. Wzięłam do ręki paczkę jakichś papierosów, które znalazłam w kieszeni. Jakichś, ponieważ na pewno nie były moje. Pewnie ktoś na imprezie się ze mną 'zamienił'. Wyciągnęłam jednego i zapaliłam. A raczej chciałam, bo benzyna mi się skończyła. Myślałam, że gorzej być już nie może i dokładnie w tej samej sekundzie lunął rzęsisty deszcz. Och, czyli jednak może?
Byłam przemoczona dosłownie do suchej nitki. Świetnie, świetnie. Mój makijaż zapewne też nie prezentował się najlepiej.
Po paru minutach rozglądania się i zastanawiania w którą stronę powinnam się udać, moją uwagę przykuł śliczny, drewniany domek. Paliły się w nim światła, więc pomyślałam, że podejdę i spytam o drogę. To dość dziwne, że o tej porze ktoś jeszcze nie śpi. A może już?
Byłam tak zziębnięta, że ledwo się poruszałam, ale w końcu dotarłam jakoś do drzwi. Zapukałam. Otworzono mi, a ja spytałam :
- Macie ogień? - zapytałam patrząc się na papierosa. Nawet nie zauważyłam, że drzwi otworzył mi sam Andy Biersack.

Pokuta PurdyGirl :)

 Ym... Witajcie. Tak, to znowu ja i pewnie moje poprzednie Czytelniczki zastanawiają się czego jeszcze tutaj szukam. Jednak po tej ostatniej notce się Wam nie dziwię... Ale okej, po co tu znów jestem? Tak, odstałam swoje w kącie, przemyślałam swoje zachowanie i przerwanie pisania mojej historii z udziałem Bridesów po czterech czy tam trzech rozdziałach, z powodu braku weny, nie była w porządku.
 Zdaję sobie z tego sprawę, tak więc wracam z nowymi rozdziałami. Jak widzicie usunęłam wszystko co tu było, żeby po prostu nowym Czytelniczkom (mam nadzieję, że takie będą :) nie pomyliło się to z nowymi wpisami. Co do początku tego fanfiction, podobały mi się tylko dwa pierwsze rozdziały, bo ostatnio do nich przysiadłam. Podobały mi się, ale sporo w nich pozmieniałam. Więc jeśli natknęłaś się już wcześniej na tego, pożal się Boże, bloga, poznasz, że początek to w sumie to samo :) Jeszcze co do ''regularnego'' dodawania kontynuacji. Na pewno takie nie będzie. Niestety. Idę do zupełnie nowej szkoły, nowi ludzie, więcej pracy domowych i ogólnie zapiernicz :| Ale obiecuję, że postaram się je dodawać jak najczęściej :) Poza tym zmienił się trochę sam wygląd stronki. Wiem, jest taki dziwnie kolorowy, ale w sumie mi się podoba. Oczywiście pamiętajcie, że blog jest dla Was, więc jeśli macie jakiekolwiek uwagi, dajcie znać :)
 To chyba tyle. Dopracuję jeszcze drugi rozdział i zabieram się za trzeci, bo mam kilka nowych pomysłów co do rozwoju akcji. Na razie obczajcie odmieniony pierwszy rozdział, a mnie nie zostało już nic innego, jak poprosić Was, abyście znów do mnie zaglądały :)
Kocham
PurdyGirl ♥